Gdy zbliżam się ku końcowi książki to dopada mnie moment smutku za nią. Najpierw szaleńczo pędzę przez Jej kartki, a potem nagle uświadamiam sobie, że do końca zostało zaledwie kilka, kilkanaście stron. I… już mi jej brak. Zarazem szukam w myślach i w biblioteczce jej następczyni.
Za bliską mi osobą wybieram książki w twardych okładkach. Dzielniej znoszą to jak je traktuję. Że wysypiam się na nich naprzemiennie z moimi kotami, że wsuwam je pod poduszkę. Że leżakują na oparciu wanny. Że uraczam je lekkim tuszem spłukując siebie. Że współmieszkają w mojej torebce z tysiącem innych bibelotów. Że służą za podstawkę dla filiżanki kawy. I bywa, że ta ostatnia zostawia po sobie okrągłą pieczątkę.
Nauczyłam się zabierać je ze sobą wszędzie. W ten sposób nigdy nie marnuję czasu. Nie straszna mi żadna kolejka ani najdłuższa podróż pociągiem ani czekanie na spóźnionego przyjaciela. I cudowne poczucie, że mogę w każdej chwili schować się w magicznym świecie książki...
Wciąż mam ich za mało. Ale kupowanie ich sprawia mi niebywałą przyjemność. Więc ostatnio ponownie się uszczęśliwiłam…
Złodziejka książek Markus Zusak
Ludzie z Wysp Gilbert Elizabeth
Mistrz i Małgorzata Michaił Bułchakow
Miasto Ślepców Jose Saramago
Kiedy byłem dziełem sztuki Eric-Emmanuel Schmitt
Tysiąc Wspaniałych Słońc Khaled Hosseini
Mniam...