skip to main |
skip to sidebar
No cóż, nie będę ukrywać, że z natury unikam niskich temperatur. Jakoś tak ktoś zapomniał mnie przystosować do szerokości geograficznej, w której się urodziłam. Więc tej soboty mój plan witania brzasków na sopockim molo legł w gruzach. Owszem, jak zawsze, przedreptałam te deski, ale w porze późno wieczorowej. A ponieważ jakoś tak zima postanowiła się też wprosić, ignorując że ja w sukience i pantoflach, to przemarznięta na kość pognałam do jednego z moich miejsc na ziemi - Atelier...
Krótko mówiąc zdradziłam swoje własne postanowienie...
No ale z czym zdradziłam?
Z rozgrzewającą zawartością barku w Atelier.
Z filmem obejrzanym w ramach sopockiego festiwalu.
Z kubkiem grzanego wina wypitym w trakcie seansu.
Jestem rozgrzeszona...
Wciąż się głowię czy to dechy są tak dziwnie położone, czy to horyzont sobie leci (na bok). Bo lampy niby wychodzą względnie w normie...
Jestem tak leniwa, że nie chce mi się nawet prostować tych kadrów. I tak pijana, że zawsze je krzywię...
Zresztą ja lubię odchylenia...
Z sukienki,z butów,
ze skóry,
z siebie.
Z nocy,
ze snu,
z zamyślenia.
Z lustra,
z wody,z pościeli...
I znów z butów.
Ten świat za często wywala mnie z impetem z butów...
HurryBut do not Hurry mePushbut do not Push meHoldbut do not Crush meLovebut do not Change meLet us stay the way we areDevourBut do not Consume meThrillBut do not Frighten meExciteBut do not Scare meTeachBut do not Change meLet us learn from the way we areKissBut do not Smother meFuckBut do not Break meAdoreBut do not SuffocateLoveLet me Love youJust the way you are...Tracey Emin "For now"
Uwielbiam ten wiersz...


Zdecydowanie preferuję fotografię czarno-białą. I jak to w życiu, opiera się ona przede wszystkim na milionach odcieni szarości. Mało co jest tylko czarne albo tylko białe, a może nawet nic. Cieniujemy się, stopniujemy tonację (tytłamy się w brudzie, a potem próbujemy wybielać)...
Jak co roku przyszła jesień i jak co roku szczędzi nam kolorów. Łaknę słońca, łaknę tego upajającego kontrastu pomiędzy błękitem nieba a płonącymi koronami drzew. Uwielbiam się zaczytywać w plenerze, zwłaszcza teraz kiedy wiatr podrzuca pod stopy zakładki do książek...
I wraz z tą słotą, z wczesnymi i wydłużonymi wieczorami, moje emocje się przepoczwarzają. Puchną, nabrzmiewają, wykluwają się z kokonów gdzie im za ciasno. Jesień napawa mnie melancholijnie, nostalgicznie. Wzruszam się, delikatnieję, uwrażliwiam, rozczulam...
Wczoraj, opatulona w noc, z lampką grzanego wina, z łagodnymi nutami w eterze, natknęłam się w moim aktualnym czytadle
na taką myśl: Jeśli, coś nas nic nie kosztuje, nawet nie warto tego wypowiadać... Dlatego tak cenię te mocne rozmowy gdzie każde słowo niesie ogromny ładunek emocji, gdzie każdy wypowiedziany wyraz jest wręcz przesycony swoim sensem, gdzie między linijkami tłoczą się i przepychają myśli...
Nie lubię letniości.
Nie znoszę miałkości.
I od kilku dni czytam na głos...