Niedziela.
Zaczęła się już po północy nocnymi SMSami od zatroskanego przyjaciela.
Na śniadanie jajecznica z jaj od szczęśliwych kur (innych nie kupuję choćby miały być 10 razy tańsze). Potem aromatyczna kawa, a do niej ulubione lody o smaku cafe latte.
W tle Diana Krall, że jest wonderful - ma rację.
Kąpiel w środku dnia, no i rzecz jasna zaczytanie. Znów zamoczyłam książkę w wannie, rozmyłam kilka słów w liście, którego jeszcze nie wiem gdzie wysłać...
Smakuję wino z nutą poziomkową, a po nim lepiej udają się spontaniczne powtórki salsowych figur.
Sjesta sypialniana z notebookiem i filmem "Czekolada", do którego chętnie wracam. I z malowaniem paznokci stóp na jagodowy kolor. Lekka kolacja. Okruchy, okruchy... No i oczywiście wylałam wino w łóżku! Jak dobrze, że białe... Zdrzemnąć się? Nie, utonę sobie w ukochanym "Zwierciadle" i znów czegoś się nauczę, coś zrozumiem. I przeczytam też zacytowane przez pisarkę Elizabeth Gilbert słowa Leonarda Cohena:
"W każdej rzeczy jest jakieś pęknięcie. To właśnie tędy przedostaje się światło".
Zatem uwielbiam tak uciekać przed całym światem. Nie odbierać, nie odpisywać, schować się, zapomnieć. I przepraszam wszystkich tych, którzy tego ode mnie kiedyś doświadczali i tych, którzy wciąż doświadczają. To bywa silniejsze.
Jeszcze nie wracam...
A moje myśli postanowiły dziś uciekać niezależnie ode mnie. A może jak najbardziej w zgodzie ze mną. Do znanego-nieznanego.
P.S. Kochana S., dziękuję Ci, że jesteś, za to, że mi się w życiu przydarzasz i za to co do mnie piszesz, nawet jak Ci szczędzę odzewu...
niedziela, marca 29, 2009
poniedziałek, marca 23, 2009
niedziela, marca 15, 2009
Sopockie rozstania
Jak to szybko zleciało. Pół roku, aż tu nagle brzdęk kieliszków od szampana i świętujemy odbiór dyplomów. Przyzwyczaiłam się bywać w Sopocie regularnie, więc zawczasu znalazłam kolejne studia podyplomowe. Dziś na dworcu poczułam smutek pożegnania. A z drugiej strony przecież wiem, że to tylko na jakiś czas. Wiem, że tu wrócę i to jest pewne. Na Osiecką, na molo, no nocne kluczenie uliczkami, na fotografowanie chwil, na przywoływanie dobrych wspomnień, na prowokowanie nowych jeszcze piękniejszych...
Zauważam u siebie, co jest podobno rzadkością, że z wiekiem przybywa mi wartościowych ludzi. Sopot dał mi ostatnio K. Zauroczyła mnie. Niby czas bezlitośnie rozprawia się z "przyjaźniami", weryfikuje je negatywnie i w miarę jego upływu są one regularnie odcedzane aż zostają te prawdziwe. Tak, tego też doświadczam, ale zarazem pojawiają się w moim życiu nowi pretendenci, i to całkiem często. Myślę, że jestem szczęściarą, bo teraz nastała taka epoka, że coraz mniej czekolady w czekoladzie, mięsa w mięsie, człowieka w człowieku. Zatem tak silnie potrzebuję poczucia, że jeszcze będzie pięknie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)